Go to content Go to navigation Go to search

Home, sweet second home

Sposrod najchetniej odwiedzanych wakacyjnych kurortow w Turcji, Fethiye nie moze nigdy liczyc na to ze ktos kto nie jest Turkeim skojarzy chocby gdzie ono leży. Pomimio, ze latem w sumie nie mozna narzekac na brak turystow to jednak gołym okiem wiadac roznice między takimi miejscami jak Marmaris czy Alanya.
Po pierwsze wiecej tu Turcji w Turcji, i nawet najbardziej zeuropeizowana częsc miasta, gdzie na stałe mieszka kilkanascie tysiecy Brytyjczykow jest w klimacie orientu.
Jak sie jest tutaj zachwyca napewno atmosfera relaksu. Ludzie sie nigdzie nie spiesza, sklepikarze nie wciagaja za rece do sklepu a restauratorzy nie gonią nas z talerzem. Za to kazdy jest zyczliwy i pomocny. To tak w pierwszym odczuciu, a kolejne sa jeszcze lepsze.
Ze wzgledu na fakt ze wpis ten popelniała Aga, subiektynie wybralam miejsca za ktore kocham moje Fethiye oraz te, ktorych istnienie chcialam zasygnalizowac bo rzadko sie o nich wspomina.

Viva Fethiye !!

Grobowce antyczne

Miejsce historyczne o ktorym wolne napisać cos niehistorycznego. Moje ulubione zacisze z najpiekniejsza panorama całej okolicy i miasta, na horyzoncie zawsze majestatynie przentuja sie góry Taurus. Poza tym taras widokowy, ktory ja tak sobie nazywam to dach domu tureckiej rodziny. Trzeba przyznac ze los im byl łaskawy bo choć tysiace ludzi w ciagu roku depczą im nad głowami to oni za to maja pieniadze na utrzymanie, ktore zarabiaja z recznie wyciskanego soku z pomaranczy. A ze sok jest fantastyczny to wie kazdy kto tam go probował. Poza tym na stanie jest tez rodzina żółwi z malym przychowkiem.
My, czyli tubylcy z odzysku mowimy na to miejsca Amyntas ( bo ten to jegomość lezał sobie kiedys w jednym z najwiekszych grobowcow jakie zostały wykute przez Likijczykow). Lubie tu przychodzi wieczorem kiedy moge wejsc na samą górę pod skaly i poczyc lekki wietrzyk oraz przygladac sie miastu noca, ktorego widok nie potrafi mnie znudzic.
Wieczorem to chyba jedno z najbardziej romantycznych miejsc, ulubione i doskonale na randki i schadzki lokalnej młodziezy. Nie odbiegamy z Kasią za bardzo od tych tradycji regionalnych bo tez tu bywalysmy, nie tylko z grupami turystow :))

Zatoka, port ktorego de facto nie ma, Marina

No własnie port w Fethiye jako taki nie istnieje, jest tylko przystań czyli jacht klub ale nieduzy oraz wzdłuż promenady nadmorskiej przystan dla guletów czyli statkow wycieczkowych. Dzieki temu widok na zatoke jest nieskalnay zadnym przemyslowym dzwigiem. Warunki naturalne tworzął tu naturalny port. Wejscie do wewnetrznej czesci zatoki naturalnie osłania połwysep Oyuk Tepe oraz wyspa Şövalye. W zatoce jest jeszcze 11 innych wysp, ktore wspólnie tworza najbardziej urokliwy krajobraz tej czescie wybrzeza. Najlepiej go podziwiac podczas całodziennych rejsow zwanych tu: on iki adalar, twelve islands czyli 12-wysp.
Wzdłuż promenady nadmorskiej po jednej stronie stoja statki po drugiej mnóstwo malych i dużych herbaciarni, restauracji, potem zarówno jedne jak i drugie sie kończa i zostaje tylko szeroki deptak, gdzie najlepiej sie spaceruje badź jezdzi na rowerze co zresztą jak tylko mam okazje to robie.

Twierdza na wzgórzu.

Trudno znalezc o niej wiecej informacji, z moich wiadomo, iz pierwsza budowla na tym miejscu mogla powstac juz w V w p.n.e. i było to miejsce gdzie prawdopodobnie założono też pierwsze osady dające poczatek rozwojowi miasta. Faktem jest że jako punkt obserwacyjny i obronny nie ma sobie rownych. Ruiny obecnych murow to fragmenty zamku joannitow z Rodos czyli Rycerskiego Zakonu Szpitalników św. Jana Jerozolimskiego. Twierdze, ktora kawalerowie maltanscy przebudowali w XV w., pochodzila z wieku XI. Kazdy kolejny najezdzca i władca tych ziemi odbudowywał lub przejmował istniejacą tu fortecę a zatem fundamenty budowli pamietają nie tylko Greków czy Rzymian ale tez Bizantyjczyków.

LOVERS WAY

Mijamy po naszej prawej ruiny twierdzy i wjeżdzamy na sławną fethiyską lovers way albo też wzgórze kochanków. Jest to połka skalna zawieszona nad miastem i przystania, gdzie wybrukowano szeroką drogę nad skarpą zrobiono drewniane tarasy z ławkami i stolikiem gdzie mozna usiasc na piwo i spogladac na krajobraz pod stopami. Oczywiste jest ze wieczorem, trudno liczyc tu na jakis skrawek wolnego miejsca. A mi juz zawsze bedzie sie kojarzyc to miejsce nie tylke z randkami co z nauką. Kiedy przyjechalam pierwszy raz w zyciu do Turcji o tym reginie nie wiedzialam nic, kazdego wieczora po skonczonej pracy siadałam tu na jednej z tych drewnianych ławek i z kiścią winogron w dłoni wsłuchiwalam sie w opowiesci o tym kraju mojego przyjaciela.

BARY na DACHACH

Skoro mowa ciagle o miejscach ponad poziomem morza to czas przyszedł na bary na dachach. A tych tu nie brakuje. Przypominaja mi moj ukochany Stambul bo tam tez zaden ładny dach pusty nie stoi.

Prom AEGEAN QUEEN

Nielada wydarzenie i szansa na rozwoj turystyki dla regionu. Do tego roku kursował tylko prom na Rodos, teraz to sie zmieniło z Rodos można na cały dzien przypłynac tez do Fethiye. Zainteresowanie jest duze, w kazdy wtorek i niedziele turysci z Grecji a i sami Grecy moją czas na to aby usiaśc i napić sie kawy a to wszystko po turecku :)).

Fethiye nie geś i swoj teatr ma :)

Teatr z okresu hellenistycznego, ulegl zdecydowanemu zniszczeniu w czasie ostatniego duzego trzesienia ziemi w roku 1957.

Muzuem Archeologiczne

Gdzie jest taki drugi kraj, gdzie w kazdej wiekszej miejscowosci jest muzeum i to jeszcze archeologiczne, ktorego zbiory średnio mają po przeszlo 2000 lat…..
W tym konkretnym zgromadzono przedmioty codziennego użytku, biżuterie, monety, rzeźby, sarkofagi i wiele innych wykopalisk znalezionych podczas prac w Tlos, Kaunos, Letoon, Pınarze i oczywiscie Telmessos czyli Fethiye. Zwiedzać można 2 sale z eksponatami oraz dziedziniec z ogrodem w ktorym zobaczymy duze amfory na wode i oliwe, fragmenty kolumn, rzeźby z teatru antycznego w Fethiye, mnóstwo sarkofagów. Jeden z nich stoi na samym środku ogrodu, zachowaly sie na nim plaskorzezby oraz epitafium. Wystawy były przez długi czas zamkniete wiec mała, wręcz znikoma jest frekfencja poki co, ale warto sie wybrac do tego muzeum gdyz tylko tam mozna zobaczyc te zabytki ktore udalo sie tam zdeponowac po trzesienu ziemi z 1957 r. Reszta uległa całkowitemu zniszczeniu lub jest na wieki pogdzebana głęboko pod wspołczesną zabudową.


  • Comments Off
  • Posted in KATEGORIE on lipiec 28th, 2011

CİTY TOUR FETHİYE- czyli Aga Ania i Magda na tropie Likijczykow

kochane Kayakoy, wies gdzie czas plynie wolnej w rytm folkowej muzyki tureckiej a kawa i herata smakuja najlepiej…

  • Comments Off
  • Posted in KATEGORIE on lipiec 27th, 2011

Istanbul bana ne yaptın?? Cos mi zrobil Stambule??

Istanbul miasto , które nie zasypia, które nigdy mi sie nie znudzi i które jak cala Turcja nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. W tym roku pracuje i mieszkam w regionie Dalaman ( czyli nasze stare poczciwe Fethiye) a zatem wypad na 3 dni do Konstantynopola to jak ciepły letni deszcz w Polsce- zdarza sie zadko.

A zatem kilka migawek z miasta i jego typowosci:
- uliczni mobilni sprzedawcy wszystkiego, na takich wózkach objazdowych najczesciej w Turcji kupimy : gotowaną kukurydze, ich gotowano-smazony ryż czyli pilav, rzecz jasna simity ( cos w rodzaju precla), jak jest zimno to pyszny salep ( slodki napój ze korzenia storczyka), na wschodzi widzialam nawet pieczone głowy baranie…. mniam …

- kokoreç, danie ktorego wystrzegalam sie przez lata az skusilam sie pewne razu i polubilam. W sumie nie wiem jakim cudem bo to cudo to flaki jegnięce lub kozie owiniete wokól rusztu. Podawne drobno pokrojone w bułce z przyprawami.

- niezastapione lokanty, lokanta to po naszemu domowe obiady, same pysznosci: pilav to juz znacie ryż ala Turek ( jak głosi polskie porzekadło aby zrobić dobry pilav potrzeba ryżu, masla, oliwy, soli i jednego Turka), kızartma czyli baklażany z jogurtem, mercimek- zupa z soczewicy, dolma- nadziewane papryki, musaka!!- baklazany z miesem mielonym do tego rozne potrawki z kurczaka i slodyczeeeee : sutlaç- ryz na mleku, pudingi, aşure lub tez puding Noego ( ten od Arki Noego), kadaify – ciasta nasączane woda z cukrem, irmik helvası – ahh chalwa z kaszy manny….. o jedzeniu w Turcji to mozna napisac duzo i jeszcze wiecj a ze ja jestem lakomczuszkiem to zycie w Turcji to codzienna walka z lodowką i malą gastronomią wokol mnie.

- Istiklal Caddesi, glówna ulica miasta centrum zycia nocnego. Jest tylko jeden krótki moment w ciagu dnia kiedy patrzac przed siebie nie widzicie morza głow. Po 4 rano kiedy zamykają sie bary i dyskoteki a tłum nie ruszył jeszcze do pracy lub na zakupy.

Jeszcze raz na forum publicznym dziekuje za wspaniala goscine Izie i Serhatowi ( swoja droga prowadzi on hostel Planet Paprika, miejscowka jest super przy samym Taksiemie scisle centrum miasta)

Milan, Prada, aperitivo

W poszukiwaniu pomysłu na niebanalny weekend majowy, z pomocą przyszły nam linie lotnicze Ryanair ( kryptoreklama), i ich wspaniałe promocje. Wybór padł na Mediolan, bo cena, bo blisko, bo nie byłyśmy, bo może się uda cos kupić. Wyleciałyśmy po południu z Krakowa i już wieczorem cieszyłyśmy się urokami nocnego życia w stolicy Lombardii. Nim spotkałyśmy się z naszym gospodarzem pospacerowałyśmy po mieście, odwiedzając za jednym zamachem wszystkie miejsca, które każdy porządny turysta nie przeoczy. Skorzystałyśmy z couchsurfingu, pod swój dach przyjął nas młody, zabawny Włoch, który gotował strasznie ale nie pozwolił nam się za to nudzić. Widocznie emocje towarzyszące każdej podróży odebrał nam apetyt, wiec bez kolacji ruszyłyśmy na miasto. A tu już włoskie klimaty, pełno rozwrzeszczanych ludzi, w sumie to nie wiadomo kiedy Włoch mówi spokojnie a kiedy z nerwami, zawsze emituje podobna ilość decybeli. Uliczki pełne turystów, tubylców i wszystkich tych którzy ten wieczór postanowili spędzić poza domem.
Sobotę poświeciłyśmy za zakupy. Z racji ze jesteśmy obie łasuchami, przypadło nam do gustu śniadanko, kawka i ciasteczka, dodatkowo Pierangelo wyjął na stół wszystkie słodkości jakie miał w domu, nie wiem jak to się stało ze mogłyśmy jeszcze chodzić o własnych siłach po zjedzeniu ( tu nie wymienię ilu) tylu ciastek.
A zatem czas na wymarzony shopping. Nie był on aż tak szalony bo i fundusze nie takie, ale milo było z noskiem przy witrynie podziwiać nowe kolekcje: Prady, Armaniego, D&G, Gucci, Valentino, Versace itd. Na ulicach tłok, a każdy w reku po kilka toreb z zakupami, wszystkim przyświeca generalnie jeden cel w czasie odwiedzin Mediolanu. Bez obaw, my nie poprzestałyśmy na sklepach, byłoby to zresztą duże marnotrawstwo. Wieczór w Milano to obowiązkowy aperitivo. Włoski specjał: dania koktajlowe w formie bufetu: pyszne, na zimno i na ciepło, z dowolna ilością dokładek , palce lizać, poza tym nie płacimy za posiłek, zamawiamy tylko obowiązkowo drinka. A te to już istne szaleństwo, serwowane w objętości od pół litra w górę, tak mocne, ze wypicie jednego gwarantuje szampański humor. A co do grappy to tylko Pierangelo mógł to przełknąć.
Niedziela dla każdego Włocha i dla nas też to dzień relaksu, wybrałyśmy na ta okoliczność park miejski Lambro. I tak w cieniu pod sosenką kontemplowałyśmy względną ciszę. Ostatnią noc spacerowałyśmy po dzielnicy artystów: Brera, gdzie również jadłyśmy i piłyśmy aperitivo. Wąskie uliczki, zabytkowe kamienice, a pośród nich mnóstwo klimatycznych knajpek i.. wróżek. Przy małych stoliczkach z zapaloną święcą czekały na chętnych poznania swego przeznaczenia. Potem jeszcze spacer nad Naviglie – okolicę uznawaną za najbardziej malowniczą część Mediolanu. To sztucznie wykopane kanały, wzdłuż których są przycumowane łodzie- -knajpy . W poniedziałek czas zbierać się do Polski.. I tak ostatnim kulinarnym akcentem włoskich wakacji było poranne espresso i brioszka, ah jaka pyszna i chrupiąca. Przed wylotem obejrzałyśmy jeszcze sławny Teatro alla Scala i Duomo. Duomo czyli katedrę podziwiałyśmy z góry i z dołu, na górę wdrapałyśmy się po schodach ( wjazd winda był droższy haha ), tam tez roztaczała się cudna panorama okolicy.
Dzieki, gracie dla naszego dobrodzieja i do zobaczenia w Milano ( nie kupiłyśmy torebki Louis Vuitton więc jest powód aby wrócić ). Aga& Kasia

















DZIEŃ 1. STOPEM PODRÓŻ SENTYMENTALNA…



Oficjalny pierwszy dzień naszej wyprawy był również oficjalnym ostatnim dniem mojej pracy. Rano, jak co poniedziałek wysłałam turystów na lotnisko. Dziś po raz ostatni :). Nie mogło się obejść bez szybkich pożegnań z ukochanymi recepcjami hoteli, pysznego śniadanka w Ata Lagoon, ostatnich odwiedzin, ostatnich zakupów, ostatniego pakowania… Wyjechałyśmy z Fethiye zdecydowanie później niż planowałyśmy.
Trochę z oszczędności czasu, trochę ze skąpstwa (ok, przede wszystkim ze skąpstwa) a trochę sentymentalnie postanowiłyśmy przypomnieć sobie jak to jest podróżować autostopem. Trasa do Antalyi ogólnie rzecz biorąc jest łatwa, prosta i przyjemna, dlatego liczyłyśmy że uda nam się ją sprawnie pokonać. Tym razem miałyśmy jednak mniej szczęścia niż w zeszłym roku. Kilka razy musiałyśmy zmieniać środek transportu, podjeżdżając zaledwie o kilka kilometrów. Najdłuższy fragment trasy pokonałyśmy siedząc razem na jednym siedzeniu, z odrobinę psychopatycznym kierowca, który najpierw wybrał rzadko uczęszczaną drogę przez las, potem usiłował nas nastraszyć, a na koniec zapodał nam wykład o cenach polskich i rosyjskich prostytutek w najbliższej okolicy… Szczęśliwe wysiadłyśmy w okolicy Antalyi licząc naiwnie na normalnego kierowcę tym razem. Po kilku minutach zatrzymał się duży czarny jeep a w nim francuski narkoman z powbijanymi w deskę rozdzielczą strzykawkami, ustawionymi w idealnym rządku:). Okazał się jednak bardzo pomocny i dowiózł nas do samego centrum miasta łamiąc przy tym wszystkie przepisy, jak na tureckiego kierowcę przystało :)
Antalya od pierwszego momentu bardzo nam się spodobała. To naprawdę zadbane, dobrze zorganizowane i nowoczesne miasto. Jak na warunki tureckie niezwykle kosmopolityczne. Pełno tutaj wysokich biurowców, budynków ze stali i szkła, ale także zieleni i słońca… Antalya ma przepiękne położenie nad samiuśkim morzem, na wysokiej skarpie. Turyści chętnie odwiedzają pobliskie słynne wodospady i leniwie snują się po uliczkach starego miasta.
Czekając na chłopaków na starówce wzbudzałyśmy spore zainteresowanie. Ubrane byle jak, rozczochrane, kosmitki z wieeelkimi plecakami. Cóż, to chyba niecodzienny widok, większość turystów odwiedzających te okolice to goście luksusowych, pięciogwiazdkowych hoteli…
Chłopaki odebrali nas z centrum, zabrali do domu, gdzie mogłyśmy spokojnie się ogarnąć, nakarmili nas domowym obiadkiem a potem wyciągnęli na spacer po dzielnicy Kaleci i porcie. Mimo, że byłyśmy nieludzko zmęczone po pracy, fethijskich pożegnaniach i drodze, postanowiłyśmy resztką sił zebrać się na miasto. I rzeczywiście było warto. Wieczorem panuje tutaj niesamowity klimat. Przepięknie podświetlone uliczki, klimatyczny porcik, a przede wszystkim cisza i spokój od zgiełku miasta i turystycznego szumu. Tak, spodobała nam się Antalya….

DZIEŃ 2. O MORZU CZARNYM I TRUDACH PODRÓŻOWANIA…

Dzień zaczyna się o 8.00 rano. Po godzinie dumania jak dostać się na lotnisko, chłopaki postanawiają odwieźć nas samochodem. Około południa odlatujemy do Trabzonu. Na miejscu zastajemy nieciekawą pogodę. 15 stopni i deszcz zaskakuje nas bardziej niż sądziłam. W lotniskowej toalecie zakładamy na siebie wszystkie ciepłe ubrania jakie mamy w asortymencie. Po 4 miesiącach dzikich upałów czujemy się jak na Syberii.
Jeszcze tylko kilka minut czekania na lotnisku i przyjeżdżają po nas chłopaki, nasi dzisiejsi gospodarze. Mordki nam się śmieją na widok czerwonego Audi A3. Po dniu wczorajszym jesteśmy jeszcze bardziej zmęczone. Wprawdzie marzyło nam się zwiedzanie miasta i spacer nad morzem Czarnym, ale jako że mamy prysznic z nieba, plany odkładamy na bliżej nieokreślone potem. Chłopaki mieli robotę na uniwersytecie, więc poprosiłyśmy żeby odwieźli nas do domu… no i odwieźli lecz… cóż, domem bym tego nie nazwała. Zacznijmy od tego, że lokum owo znajdowało się w piwnicy, troszkę pod poziomem podłogi. Od samych drzwi uderzył nas odór stęchlizny i pleśni. Nic dziwnego, było tam strasznie wilgotno, o ogrzewaniu szkoda nawet marzyć, a przez powybijane szyby wlewała się do środka deszczówka. Łazienkę pominę milczeniem, bo wątpię czy kiedykolwiek została użyta… Strasznie przykro nam się zrobiło, że tureccy studenci zmuszeni są do mieszkania w takich warunkach. Dla nas to była tylko jedna noc, spędzona w pełnym rynsztunku i szczelnie zamkniętym śpiworze. Gdyby tylko była ładna pogoda, z całą pewnością uciekłybyśmy stamtąd tego dnia… Tyle szczęścia że byłyśmy nieludzko zmęczone, zasnęłyśmy koło 17 po południu a obudziłyśmy się kolejnego dnia rano. Tak jak stałyśmy, wyszłyśmy z domu.
Niewiele wyszło z ambitnych planów krajoznawczych. Miasto i Morze Czarne widziałyśmy jedynie z okien samochodu. Był to pierwszy i nie ostatni raz kiedy to przyroda zweryfikowała nasze zamiary…

DZIEŃ 3. TURECKO-GRUZIŃSKI KALEJDOSKOP WYDARZEŃ

Rankiem skromna toaleta, w skrócie jak spałyśmy, tak wyszłyśmy. Wolałyśmy z tłuszczykiem na głowie dotrwać do pierwszej łazienki, niż pokusić się o kąpiel tutaj. Zresztą wszystko wskazywało na to, iż nikt już od dłuższego czasu nie podjął tego ryzyka… Chłopaki zawożą nas na dworzec, gdzie kupujemy bilety do Sumeli. Do tego oddalonego o jakieś 40 km klasztoru nie jeździ regularna komunikacja, więc ratuje nas coś na kształt „wycieczki”. Czujemy się jak rasowe pachoły. Kierowca z listą w ręku zabiera nas, a następnie Australijkę, turystów z
Dalekiego Wschodu i Turczynkę z kolejnych hoteli. Jak na miasto położone na peryferiach Turcji, Trabzon ma zaskakująco dużo hoteli.
Pogoda nadal pod psem, właściwie niewiele się zmieniło od dnia wczorajszego. Żeby nie moczyć jedynych trampek postanawiamy przyodziać sandały. Wyglądamy dość „oryginalnie” na tle ludzi w ciężkich trekkingowych butach. W Sumeli widoki mocno ograniczone, pada deszcz i jest mgła. W takich warunkach klasztor wygląda jeszcze bardziej niesamowicie. Zachwyca nas kapliczka chrześcijańska pokryta w 100% freskami, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Jak na tak stary zabytek, zachował się w doskonałym stanie.
Po powrocie szybka zupa i zbieramy się do Batumi. Ku naszej radości firma Metro podstawiła Midi. Po drodze podziwiamy czarnomorskie krajobrazy. Z jednej strony skaliste wybrzeże morza, z drugiej bardzo strome góry Pontyjskie a pośrodku na wąziutkiej przestrzeni dwa rzędy zabudowań i jedna główna droga. Nic więcej by się nie zmieściło na tym skrawku lądu. Niewysokie wzgórza pokrywają wiecznie zielone plantacje herbaty. Piękny, ale bardzo trudny do zasiedlenia teren urzeka nas zielenią gór i błękitem morza.
Podróż naszym ekskluzywnym środkiem transportu zakończyła się jednak trochę wcześniej niż planowałyśmy. Nasze midi nie zostało przepuszczone przez granicę z Gruzją. Ale zanim to nastąpiło, podczas kłótni kierowcy z celnikiem, większość pasażerów wysiadła sobie z pojazdu i poszła załatwiać własne sprawy. A to spotkania z kumplami, a to wymiana pieniędzy, zakupy na bezcłówce… śmiejemy się jak to byłoby pokonać tę granicę pieszo… i ot dane nam było i tego doświadczyć. Kierowca przeprosił nas, wyjął nasze bagaże i pomachał radośnie ręką na pożegnanie. Dodajmy jeszcze do tego, że mamy ciemną noc, nikt na nas nie czeka w Batumi i nie mamy biletów do Tbilisi. Cóż, każdy rozsądny człowiek w tym wypadku byłby co najmniej mocno zestresowany, ale… wystarczyło rozejrzeć się wokół, a nawet największy panikarz zaczął by pękać ze śmiechu. Podobnie jak my, na własnych stopach pomaszerowali do odprawy wszyscy pasażerowie naszego busa i wiele innych osób. Starzy, młodzi, biedni, bogatsi, z siatkami, torbami, zwierzętami, dziećmi… cały przekrój społeczeństwa. Naszym ulubionym elementem był pan taszczący na pieszo przez granicę gigantyczną pralkę automatyczną. Wtedy to właśnie pierwszy raz pomyślałyśmy, że to naprawdę zabawny kraj :)
Zaraz za granicą chciałyśmy złapać stopa. Również nie do końca wiedziałyśmy jak się do tego zabrać, ale widząc starszą kobiecinę podróżującą w ten sposób, śmiało wymachiwałyśmy rękoma. Zatrzymał się jako pierwszy czarny mercedes z przyciemnianymi szybami, a za nimi dwóch mężczyzn w typie morderców i… zawieźli nas na dworzec kolejowy, znaleźli pociąg, kupili bilety płacąc własnymi larami, a na koniec dali numer telefonu na wszelki wypadek, zapraszając tym samym na wizytę w drodze powrotnej…
W plackartnym wagonie na górnych pryczach wyspałyśmy się jak w łóżeczkach i obudziłyśmy się dopiero na dworcu w Tbilisi :)





DZIEŃ 4. TBILISI I BRACIA GRUZINI VOL 1 :)

Kiedy wszyscy pasażerowie opuścili już pociąg, wyłaniamy się z poduszek. Przestraszone, że zwiozą nas na bocznicę, szybko zbieramy majdan. Kasio jeszcze w całym zamieszaniu gubi kondom od śpiwora. Kiedy wychodzimy na zewnątrz, od razu uderza nas jedno… cofnęłyśmy się o jakieś 20 lat. Może to wehikuł czasu, a nie plackartny był? Hmmm Przed nami rzeczywistość jak w Polsce w czasach PRL-u. Wokół szare, monumentalne, zniszczone budynki, betonowe imperium pełne smutnych urzędników skromnie ubranych we wszelkie podcienie szarości. Od samego progu zaczepiają nas cinkciarze oferujący wymianę pieniędzy, babcie na chodniku rozkładają stoiska z domowym chaczapuri… wczesny ranek w stolicy. Od początku jednak miejsce ma w sobie coś, co pozwala nam czuć się jak u siebie.
Wymieniamy parę groszy i taksówką jedziemy na Isani. Po kilkukrotnym pobłądzeniu trafiamy do domu. Zaspany Ika wita nas herbatką. My zaś spragnione prysznica rzucamy się na łazienkę. Z wyjątkowo czystymi włosami (to nasz 1-szy porządny prysznic od wyjazdu jupiiii) ruszamy na podbój stolicy. Lądujemy gdzieś w centrum i jak zwykle rozglądamy się za informacją turystyczną. Nie jest już tak wcześnie, jednak miasto wydaje się jeszcze spać. Życie w Tbilisi zaczyna się po 10. Wcześniej wszystko pozamykane na 3 spusty. Cóż za śmieszny i wyluzowany kraj! W IT zabieramy mapki i jako pierwszy cel wyznaczamy sobie znalezienie pożywienia :)
Idąc trochę na ślepo po mieście, docieramy niechcący do kościoła Cmida Sameba. Jeśli wierzyć przewodnikowi, jest to największa świątynia na całym Kaukazie. Wysoka na prawie 100 metrów budowla, widoczna jest z każdego punktu w mieście i wybudowana jest w typowym gruzińskim stylu (choć należy pamiętać, że jest to nowa inwestycja z 2004 r.). Prawdę mówiąc wszystkie cerkiewki są na tyle do siebie podobne, że zwiedziwszy ich kilka, zlewają się nam w pamięci. Oczywiście z nielicznymi wyjątkami. Ale my póki co o tym nie wiemy, więc zachwycamy się architekturą i potęgą Cmidy Sameby. W pobliżu kościoła znajdujemy malutką zaczajoną budkę ze świeżutkim chaczapuri. Tutaj właśnie siedząc na ławce i parząc sobie usta serem, zakochujemy się w tym gruzińskim przysmaku, który będzie nam towarzyszył do końca wyjazdu. Tu słowo wyjaśnienia… chaczapuri to rodzaj chleba albo może raczej buły o delikatnym smaku, podobnym trochę so drożdżowego ciasta z dodatkiem najczęściej słonego gruzińskiego sera na wierzchu lub w środku. Spotyka się też chaczapuri z mięsem, grzybami, ziemniakami, fasolą i z czym jeszcze dusza zapragnie. Zawsze podawane jest na ciepło i naprawdę jest wyśmienite! No i rzecz jasna nie ma nic wspólnego z tą suchą bułą którą podaje się w większych polskich miastach w niby-gruzińskich restauracjach.
Kiedy mózg się pożywi, możemy planować zwiedzanie. Ruszamy najpierw w kierunku Metechi. Po drodze mijamy wspaniały pałac prezydencki położony dumnie nad skarpą ponad rzeką Kurą i… pośrodku slumsu. Zresztą tych tu nie brak. Tbilisi jest naprawdę niebogatym miastem, a ludzie żyją tu dość skromnie. Można się jednak czuć tutaj zupełnie bezpiecznie. Pałac prezydencki oczywiście jest doskonale chroniony, nie można podejść zbyt blisko ani za wiele zobaczyć. Wygląda dość komicznie na tle biedoty, jak gruda złota na śmietniku.
Docieramy wreszcie do Metechi, czyli świątyni Matki Bożej Metechskiej. Jest to najważniejszy zabytek i jednocześnie symbol miasta. Jej historia jest równie długa jak sama historia stolicy. Kiedyś (XI wiek) była częścią zabudowań pałacowych władców samodzielnego miasta Isani (dziś dzielnica Tbilisi), w XIII wieku należy do kompleksu pałacowo- klasztornego , który zostaje zniszczony przez Mongołów. Na przestrzeni wieków pałac metechski zniknął z powierzchni ziemi, cerkiew jednak przetrwała w stanie niezmienionym praktycznie do dziś.
Spacerując dalej po mieście docieramy o twierdzy na wzgórzu. Tam oglądamy kolejny kościółek w typowo gruzińskim stylu, ale zachwycamy się przede wszystkim widokami. Wspinamy się na najwyższy fragment murów twierdzy, skąd przepięknie prezentuje nam się panorama miasta. Tbilisi położone jest na górzystym terenie i tonie w zieleni. Nie czuć tutaj atmosfery stolicy, wielkomiejskości. Nie widać wysokich szklanych biurowców, ludzi biegających z laptopami na spotkania biznesowe, nie zauważamy też typowego dla większości miast stołecznych tzw lansu…
Po drodze do centrum odwiedzamy jeszcze jedna ważną cerkiew. Historia katedry Sioni sięga VI wieku i wiąże się ściśle z postacią świętej Nino. Zgodnie z legendą została jako młoda niewolnica sprzedana władcy Gruzji, była mądra i pobożna. Uzdrowiła chorą żonę króla, który dopatrzył się w tym wydarzeniu ręki Bożej. Innym razem kiedy wybrał się na polowanie, zgubił się w lesie. Kiedy już stracił wszelką nadzieję, upadł na kolana u wzywał imię boga, w którego wierzy Nino. Natychmiast otwarła się przed nim droga, po której wydostał się z puszczy. Wtedy to cesarz sam uwierzył i postanowił przyjąć chrzest z Konstantynopola. Był to rok 337. Rok później chrześcijaństwo stało się religią państwową. Najbardziej znanym atrybutem świętej jest charakterystyczny krzyż z opuszczonymi ramionami. Zgodnie z wierzeniami Nino miała samodzielnie wykonać krzyż z gałązek winorośli i związać je swoimi włosami. Do dziś można spotkać podobne krzyże w całej Gruzji jak ona długa i szeroka. Tutaj właśnie w katedrze Sioni znajdować miał się oryginał krzyża i jednocześnie najcenniejsza relikwia kraju.
Po kilku godzinach wytrwałego zwiedzania zasłużyłyśmy na chwilkę oddechu przy gruzińskim piwie :). Odkryłyśmy swoją ulubioną markę, za którą wodziłyśmy wzrokiem do końca wyjazdu. Później obowiązkowo chaczapuri, tym razem skonsumowane na placu wolności pod pomnikiem Św. Jerzego, zwanego dalej Jurkiem. Mieszkańcy tego zabawnego kraju wystawili swojemu patronowi solidny złoty pomnik umieszczony na wysokim obelisku. Jurek walczący ze smokiem widoczny jest praktycznie zewsząd.
Wybrałyśmy się również na spacer to tej bardziej wielkomiejskiej części Tbilisi- deptaku Rustawelliego. Tutaj jedynie mogłyśmy poczuć się jak w stolicy. Wokół piękne reprezentacyjne budynki, luksusowe hotele i horrendalnie drogie butiki. Jest i Mc Donalds :) Zachwyciło nas miasto po zmroku. Przepięknie oświetlone! Jeszcze raz wdrapałyśmy się na Metechi by móc się pozachwycać do woli. Nocą jest tu naprawdę cudnie! Nie straszą rozlatujące się sutereny i brudne rynsztoki, a sztuki operowania światłem mogliby pozazdrościć Gruzinom nawet europejscy inżynierowie.
Po powrocie do domu impreza powitana przy polskiej i gruzińskiej wódce. Dobrze się czujemy u braci Gruzinów :)








DZIEŃ 5. PIERWSZY ŚNIEG…

Rano ambitne plany krzyżuje pogoda. Komu by przyszło do głowy że w środku października na Kaukazie może padać?! Cel na dziś: Kazbegi, ale aura cóż… nie sprzyja. Podejmujemy jednak męską decyzję i postanawiamy mimo wszystko przedostać się w góry. Aby nie zmoczyć trampek, ubieramy sandały, plecak na plecy i w drogę. W razie mrozu postanawiamy przesiedzieć w hotelu do rana. Łapiemy marszrutkę w ostatnim momencie, zajmując w niej ostatnie wolne miejsca.
Tu dwa słowa o transporcie w Gruzji… ogólnie najłatwiej poruszać się po kraju marszrutkami. To nic innego jak stare zdezelowane zazwyczaj minibusy, mniej więcej 20-osobowe, w których potrafi się zmieścić na oko tyle ludzi, co w dużym autobusie :) dlatego lepiej zawczasu pojawić się na dworcu i zająć sobie miejsce siedzące, tym bardziej jeśli czeka Cię 3- godzinna droga. Generalnie znalezienie odpowiedniej marszrutki nie jest takie proste… wprawdzie wszystkie mają tabliczkę z napisem gdzie jadą ale.. zapisaną alfabetem gruzińskim :) Dobrze że oprócz tego posiadają normalne, ludzkie numerki. Docierając na dworzec też lepiej zostawić sobie margines czasu na poszukiwanie odpowiedniego pojazdu. „Otogar” to nic innego jak ogromne gliniane klepisko pełne busików, stiosk targowych, ludzi, naganiaczy, cinkciarzy, babusiek z chaczapuri i wszystkiego czego dusza zapragnie. Bracia Gruzini to wyjątkowo wyluzowany naród :) do tego niezwykle pomocny i dzięki Bogu gadający po rosyjsku…
Ale do rzeczy… droga do Kazbegi zajęła nam ok. 3 godziny i prowadziła pomiędzy cudownymi krajobrazami! Z przestrachem patrzyłyśmy na leżący za oknem śnieg i sandały na naszych stopach, ale okazało się, że nie było aż tak źle. Szybciutko zostałyśmy zwerbowane przez Wasylija, wioskowego naganiacza i właściciela kwater i… taksówki… i… sklepikarza ehh no po prostu człowiek- orkiestra.
Korzystając z tego, że jest jeszcze dość wcześnie i przestało lać, postanawiamy wspiąć się na wzgórze klasztorne. Jakąś godzinę drogi piechotą od wioski, na sporym wzniesieniu (2170m) znajduje się klasztor Cmida Sameba (czyli po prostu trójcy świętej). Pochodząca z XIV wieku cerkiew dostępna jest do zwiedzania. Dziś byłyśmy jedynymi gośćmi, mnich otworzył nam drzwi, wcześniej ubierając w płachty zakrywające ciało. Monastyr jest wciąż zamieszkały i czynny. Wybudowany w magicznym miejscu u podnóża mitycznej góry Kazbek. Zgodnie z wierzeniami to właśnie tutaj miał zostać przywiązany do skały Prometeusz ukarany przez bogów za kradzież ognia. Ta wysoka na ponad 5 tysięcy metrów góra to w rzeczywistości wygasły wulkan. Związane z nią jest wiele legend i tajemniczych opowieści. Dziś, jako stosunkowo łatwa, jest celem licznych wypraw turystycznych. Kiedy schodzimy z gór, jest już ciemno. Aga po drodze wpada w krowi placek prawie do kostek :). W miasteczku zastajemy Wasylija, który szuka nas i zabiera na kolację. Parówki z frytkami smakują niemal jak kawior :) Na koniec dnia w pełnym rynsztunku, z piwem pakujemy się pod koc. W pokoju jakieś minus 10 stopni, ale nam trudy podróży nie straszne :)





DZIEŃ 6. W GÓRACH KAUKAZU POD OPIEKĄ SZALONEGO FOTOGRAFA :)

Budzimy się w lodówce i jeszcze przez pół godziny zwlekamy z wyjściem spod kołdry. No dobra, dwóch kołder… i koca… i śpiwora. Do wstania zmusza nas dopiero Wasylij ze śniadaniem w rękach. Postanawiamy jak najwięcej zobaczyć będąc w Kazbegi, więc u miejscowego „prawie” taksówkarza (w Gruzji jest mnóstwo takich „prawie”) Michaiła zamawiamy wycieczkę do Monastyru i wodospadów w górach.
Jedziemy samochodem pod granicę z Rosją. W Kazbegi wszyscy jeżdżą dość ciekawym modelem samochodu. Jest to oczywiście stara dobra łada z napędem na cztery koła. Przyroda wymusza to na mieszkańcach wioski, inaczej nigdzie by nie dojechał, zwłaszcza zimą. Pojazdy te wyglądają dość zabawnie… jak skrzyżowanie łady 500 z jeepem :) oczywiście potwornie brudne, z trzeszczącym radiem, podskakujące i tłukące się na każdej dziurze. Po drodze nasz kierowca i przewodnik w jednym zdradza jeszcze dodatkowe talenty. Jest fotografem z niespożytą fantazją :). Niespełniony artysta robi nam zdjęcia przez pół dnia. Mamy szczęście. Piękna pogoda sprawia, że Kasio może zdjąć dwie z sześciu warstw odzieży, które ma na sobie :)
Dojeżdżamy do monastyru, który… okazuje się zupełnie nową inwestycją i jest w budowie. Pop opowiada nam o szczegółach planu i wpuszcza do pustego zupełnie budynku. Ago robi odcisk swego buta na pamiątkę w nowiutkiej wylewce na podłodze. Zdecydowanie bardziej podobają nam się wodospady. Okazuje się, że są dwa i oba cuuudne! Widoki kaukaskie zapierają nam dech w piersiach. Robimy tysiące zdjęć, podziwiamy zielone podnóżki, skaliste zbocza, zaśnieżone szczyty. Żałujemy, że nie mamy wystarczająco dobrego sprzętu, żeby pochodzić po górach. Trampki i sześć warstw odzieży nie sprawdziłyby się na trudniejszym szlaku. Kasio zakochał się w górach. Z pewnością jeszcze tu wróci. Z żalem przyszło nam zawracać do Kazbegi.
Przyjeżdżamy do „miasta” a tam co? Kazbegobe, czyli święto Kazbegi. Jest to wielkie wydarzenie dla miejscowej ludności, która cały rok czeka na ten dzień. Od południa do późnego wieczora odbywają się koncerty, pokazy, żarcie i picie do upadłego. Coś na kształt naszych festynów tylko 5 razy bardziej. Udało nam się zobaczyć część obchodów- pokazy tańców ludowych, trochę śpiewów… doskonały zespół folkowy. Chłopaki wykonywali pokaz tańca imitujący walkę. Wymachiwali nożami, szablami, tarczami… Az iskry leciały. Kasio zakochał się w chłopaku który grał na piszczałce…
W drodze powrotnej poznajemy Olę. Przyjechali z mężem do Gruzji trochę przypadkiem, na motocyklu. Niestety maszyna im się zepsuła i dziewczyna jechała do miasta z całym dobytkiem, a on walczył z awarią. Mięli już za sobą podróż po Bliskim Wschodzie i trochę opowiadała nam o dzikich krainach. Nie możemy się doczekać co nas jeszcze spotka…
Wieczorem „pożegnanie” z Iką przy gruzińskim winie.









DZIEŃ 7. MISTYCZNE KLASZTORY, MIASTO MIŁOŚCI I SMAK GRUZJI…

Rano opuszczamy mieszkanie w pośpiechu i z żalem, że opuszczamy Tbilisi na zawsze (przynajmniej na tej wyprawie). Jak zwykle trochę spóźnione, ciut jeszcze zawiane po wczorajszym wieczorze i naprawdę zmęczone pędzimy na stację metra Isani, gdzie czeka na nas Giga, nasz dzisiejszy opiekun i kierowca.
W planach zwiedzanie klasztoru David Geredża za miastem. Według przewodnika ok. 50 km, według licznika samochodu ponad 100 :). Wyprawa tym fajniejsza, że wszyscy wybieramy się tam po raz pierwszy. Jedziemy przez pustynię gruzińską po krętych, dziurawych drogach. Kiedy docieramy na miejsce, spotykamy sporo szkolnych wycieczek.
Na pierwszy rzut oka David Geredża przypomina nam Kapadocję. Zaraz przy wejściu widzimy wykute w skałach na podobieństwo Anatolii cele mnisie. Zwiedzenie kaplicy i głównych zabudowań zajmuje nam jedynie kilka minut. Klasztor ma bogatą i długą historię. Został założony w VI wieku przez 13 syryjskich ojców. Jeden z nich, David osiedlił się w naturalnej jaskini skalnej gór Geredża, skąd też pochodzi nazwa całego kompleksu. Jego śladem poszli liczni uczniowie i systematycznie rozbudowywano cały system monastyrów. Zniszczony przez Turków Seldżuckich podniósł się jednak z ruiny i rozkwitnął jeszcze wspanialej. W najświetniejszym okresie mieściła się tutaj znana szkoła malarska, a jej twórcy dyktowali przez pewien czas nowe trendy w sztuce sakralnej. Część z owych fresków można podziwiać do dnia dzisiejszego. Nie jest to jednak takie proste… to właśnie chęć zobaczenia wspomnianych dzieł skłoniła nas do głębszych poszukiwań.
W oddali na wzgórzu widzimy kilka osób. Podejrzewając że wiedzą dokąd idą, podążamy ich śladem. Trochę ścieżką, potem przez las, zarośla… spotykamy Kate. Pół Gruzinkę, pół Francuzkę, pół Rosjankę. Robimy krótką przerwę w wędrówce. Wszystkim chce się pić , ale… nikt nie pomyślał o wodzie. Zamiast tego Kate wyciąga z kieszeni butelkę koniaku. Kochamy ten kraj :) najpiękniejsze skarby klasztoru znajdujemy po drugiej stronie wzgórza. Doskonale widoczne są mnisze cele z pięknie zachowanymi freskami, a do tego powalające pejzaże Azerbejdżanu… spędzamy w tym miejscu zdecydowanie więcej czasu niż planowaliśmy, ale nie żałujemy ani minuty.(!!!) do dziś klasztor z kilkoma przerwami jest zamieszkały.
Po południu Giga postanowił zrobić nam niespodziankę i zabrał nas do gruzińskiego miasta miłości- Signagi. Jest to przepięknie położone na wysokim wzgórzu, u podnóża gór Kaukazu z widokiem na przestronną dolinę Kahetii. Miasteczko robi wrażenie przede wszystkim z oddali. Otoczone przez piękne XVIII wieczne mury miejskie, z cukierkową architekturą wygląda naprawdę baśniowo. Szczególnie w oczy rzucają nam się oczywiście zabudowania twierdzy. Nieregularny kształt murów uwarunkowany jest przede wszystkim warunkami naturalnymi, zdobi je ponad 20 wież, z czego większość do dziś się zachowała. Był to jeden z najbardziej solidnych systemów obronnych w Kahetii. Dziś jest to przede wszystkim miejsce turystyczne reklamowane w mediach z uporem maniaka jako gruziński Paryż :) Kachetia słynie ponadto z wyśmienitego jedzenia i doskonałych win. Niestety nie mamy szansy ich spróbować… trafiłyśmy tutaj poza winiarskim sezonem :)
Po drodze nasz Anioł Stróż stara się oddać nam smak Gruzji. Karmi nas przeróżnymi smakołykami. Żujkami z winogronowego soku, które pokochał Ago, winogronem, który pokochała Kasio i chaczapuri, które już dawno pokochałyśmy obie. Niestety trochę przeholowaliśmy z czasem i noc zastała nas pod Tbilisi. Nie było już szans dziś zobaczyć Mcchety, że o Gori nie wspomnę… Wyżebrałyśmy jeszcze jeden nocleg u Iki, po czym przez 3 godziny siedziałyśmy na twierdzy nocą czekając na niego i klucze do mieszkania. Jeszcze raz nadprogramowo mogłyśmy zachwycić się widokiem stolicy nocą…
Adze zdążyły przyśnić się cztery sny w samochodzie zanim nasz gospodarz pokazał się na horyzoncie. Kasio mu bardzo zazdrościł i po raz kolejny w swym krótkim życiu przekonał się, że znajomość języków nie zawsze popłaca… przez cały dzień konwersował z naszym przyjacielem w języku naszych wschodnich sąsiadów… Giga troszczył się o nas do ostatniej chwili i gdyby nie on, zakosztowałybyśmy życia kloszardów w 100%. Dziś wieczorem wszyscy wyglądaliśmy jak po zderzeniu z walcem, więc grzecznie poszliśmy spać…









DZIEŃ 8. DAWNA STOLICA I TOWARZYSZ STALIN A’LA ITALIANA.

Wstajemy rano, chyba po raz pierwszy w historii zgodnie z planem, ale plan dnia napięty, wiec nie mamy chwili do stracenia. Opuszczamy dom Iki po raz kolejny ze świętym przekonaniem, iż robimy to po raz ostatni (znów…). Na przystanku spotkała nas przykra niespodzianka, żadna z marszrutek nie chciała nas zabrać z bagażem (w sumie zrozumiałe…) Po tym jak odjechała nam już chyba czwarta z kolei, postanawiamy pedałować 20 minut piechotą, lub jak się u nas w Małopolsce mówi na nogach ;), do stacji metra.
Z niewielkimi przygodami udało nam się dostać do dworca Didube, a stamtąd złapać marszrutkę do Mcchety. Z dnia na dzień odkładałyśmy wizytę w tym miasteczku i szczerze mówiąc gdyby nie Asio (dzięęęęęki Simi!) z pewnością byśmy je sobie odpuściły. Marszrutka przejechała przez centrum miasta, a my nadal beztrosko siedziałyśmy sobie w środku. W końcu zorientowałyśmy się że coś jest nie tak i wysiadłyśmy na pobliskim osiedlu, skąd zawróciłyśmy pieszo do miasta (jakieś półtora kilometra). Ale nic to, przy okazji obejrzałyśmy twierdzę :), taki mały bonus.
Po drodze odwiedzamy cerkiew Samtawro, jeden z najstarszych obiektów w mieście. Źródła podają, że została ona wybudowana w pierwszych latach po przyjęciu chrześcijaństwa, czyli w pierwszej połowie IV wieku. Czasy te przypomina nam przede wszystkim miniaturowa cerkiewka znajdująca się na peryferiach całego kompleksu. Główna cerkiew ucierpiała przede wszystkim podczas trzęsienia ziemi w XII wieku, lecz została starannie odbudowana. Dziś zdobią ją współczesne freski pięknie podkreślające wagę tego miejsca. Tutaj również zostały odnalezione groby pierwszych chrześcijańskich władców Karltii, króla Miriana i jego małżonki, królowej Nany.
Jednakże jako obiekt sakralny największe wrażenie zrobiła na nas cerkiew Sweti Choweli. Szczerze mówiąc po odwiedzeniu sporej ilości kościółków w krótkim czasie, większość ich wnętrz zlała się w naszej pamięci w jedną plamę, wszystkie są łudząco do siebie podobne. Oczywiście z nielicznymi wyjątkami. I tak wspomniana cerkiew okazała się zupełnie inną, niż wszystkie do tej pory odwiedzone. Jeden z gruzińskich poetów miał ponoć napisać „patrząc na nią wierzysz, że Bóg tu jest”…
Samo znaczenie katedry porównać można do naszego Wawelu. Początki jej budowy wiążą się ściśle z przyjęciem chrześcijaństwa i formowaniem feudalizmu w Gruzji. Mimo iż świątynia była wielokrotnie niszczona, za każdym razem została odbudowana, będąc niezniszczalnym symbolem niezłomnego ducha tego kaukaskiego narodu. Była duchowym centrum Gruzji, siedzibą patriarchy, tutaj odbywały się uroczystości koronacyjne władców, chrzty i śluby królewskiej rodziny, tutaj w końcu pochowani zostali najznakomitsi przywódcy państwa i kościoła. Wnętrze katedry jest niesamowite i niespotykane. Bogato zdobiona freskami, z przepięknym ikonostasem i ciekawymi rozwiązaniami architektonicznymi, jest prawdziwą perłą gruzińskiej sztuki sakralnej. Warto było przyjechać do Mcchety choćby po to, by odwiedzić Sweti Choweli.
Oprócz katedry głównym naszym celem w miasteczku było odwiedzenie klasztoru Dżwari. Nie było to jednak proste zadanie. Monastyr położony jest na wysokim wzgórzu za miastem, gdzie ze względu na odległość i brak mostów :) dostać można się wyłącznie taksówką. Zorientowałyśmy się w cenach i doszłyśmy do wniosku, że samodzielnie nie będzie nas stać tam się dostać. Co innego gdyby udało nam się znaleźć towarzystwo… zaczepiałyśmy początkowo jakiegoś Chińczyka, ale nie wyraził zainteresowania, podobnie jak inne pachoły… straciłyśmy już nadzieje na zobaczenie monastyru, kiedy… Allah postawił nam na drodze samotnego makaroniarza! Szybkie targowanie z taryfiarzem i już byliśmy w drodze do klasztoru.
Trzeba przyznać, że warto było się tutaj wybrać. Dżwari wewnątrz przypomina inne stare cerkiewki. Pośrodku ustawiono duży drewniany krzyż, na ścianach wisiało kilka reprodukcji ikon i krzyż świętej Nino. Zachwyca nas natomiast położenie klasztoru. Ze wzgórza widać calutkie miasto i malownicze ujście rzeki. Czujemy się jak w bajce. Jest cieplutko, świeci słoneczko, rozkładamy się więc na trawce z Davide i marzymy o spaghetti Carbonara :). Wcale nie chce nam się gnać dalej. Zwycięża jednak zdrowy rozsądek. Umawiamy się z Davide w Italii, wysiadamy przy głównej trasie i łapiemy stopa do Gori.
Czas nagli, a my nie chcemy już dziś wracać do Iki na noc :) tak więc rzucamy się pod koła pierwszemu samochodowi. Zatrzymuje się sympatyczny Gruzin, który ani słowa w obcym języku nie mówi. Nie przeszkadza mu jednak nawijać do nas całą drogę do Gori. Inny brat Gruzin podwozi nas pod samo muzeum Stalina- cel naszej wędrówki. Szczerze mówiąc wystawa trochę nas rozczarowuje. Jako miejsce urodzin wuja Józefa, spodziewamy się czegoś naprawdę wielkiego. No i rzeczywiście budynek jest spory. Typowy przedstawiciel komunistycznej megalomanii. Ale wewnątrz niewiele… trochę urywków z prasy, fotografii, dokumentów, książki jego autorstwa, jeden pokój symbolizujący grób sekretarza generalnego i tyle. Na zewnątrz jeszcze domek ojca Stalina i wagon kolejowy, którym miał podróżować do Poczdamu. Po Gori oczekiwałyśmy czegoś więcej…
Za radą pani z muzeum łapiemy marszrutkę na dworzec i za ostatnie pieniądze kupujemy bilety do Batumi. Zostaje nam dokładnie 1.4 lary, czyli około 1,5 euro. To już koniec naszej przygody w tym kraju, więc nie chcemy już wymieniać waluty. Ruszamy do pobliskiego sklepiku w poszukiwaniu czegokolwiek do jedzenia za tę szalona kwotę. Pan sklepikarz zaprasza nas do stolik, karmi dwoma potężnymi bułami, poi herbatą i… grosza od nas nie bierze. Korzystamy z uprzejmości i zostawiamy plecaki w sklepiku, a same ruszamy na spacer po miasteczku. Gori to prawdziwa dziura. Znajduje się tutaj jednak ciekawa twierdza, ponoć nigdy w historii nie zdobyta. Z zewnątrz twierdza prezentuje się imponująco, w środku jednak okazuj się zupełnie pusta. Wiatr i deszcz zmuszają nas do powrotu na dworzec. Jest 19.00, pociąg ma przyjechać o 00.11…
Pierwsza nasza myśl: wracamy do dziada. Okazuje się jednak, że sklepik pełen jest ludzi, dworcowych żulików i innych podróżnych, a co gorsza po dziadku ani śladu… nie wiemy co ze sobą zrobić, a tu nagle zjawia się nasz przyjaciel, zabiera do pustej knajpki, gdzie jest ciepło, sucho i przyjemnie, włącza nam telewizor, ponownie karmi nas cieplutkimi bułkami, poi herbatą i pozwala poczekać tutaj na pociąg. Ago śpi na stoliku, Kasio skrybie relację. Bracia Gruzini ja zwykle nie zawiedli. Takie cieplutkie pożegnanie cudnego kraju…
Tak z luźnych dygresji:
• Ago pobił dziś rekord… wpierniczył 4,5 chaczapuri!
• Zamarzamy… jest 23.09
• Kasio tańczy walczyka i śpiewa Erodisko… jest 23.28





« Previous Entries